Kultura w Warszawie

Kazimierz Krukowski "Lopek"

08-09-2015 Amalia

Obiecany podczas niedzielnego spaceru tekst pt. "Pies" opracowany przez Kazimierza Krukowskiego.

Wyobraźcie sobie Warszawę sprzed pół wieku. Na pętli przy Placu Zamkowym parkują autokary turystyczne.

Artykuły o Warszawie

Wielkie polowanie w Parku Skaryszewskim

Pan Józef powoli tracił cierpliwość. Na to szare tałatajstwo nie pomagały ani pieczołowicie przez niego stawiane pułapki, ani sidła. Nawet wnyki okazały się nieskuteczne, głównie jednak za przyczyną dzieciaków buszujących po zakamarkach Parku Skaryszewskiego i majsterkujących przy misternych konstrukcjach. Zajęcza brać zwyczajnie nie dawała się z parku wyprosić.

Meat Love

Nadciąga wielkimi krokami weekend i nie ulega wątpliwości, że to nie tylko moje ulubione dwa dni w tygodniu :) Leniuchowanie w łóżku do późna, przeciąganie się, ziewanie...Ogólnie rzecz ujmując - zażywanie dnia wolnego od pracy. Gdzieś w okolicach godziny 11 lub 12 żołądek wszczyna bunt. Nie ma siły, trzeba wreszcie zjeść śniadanie. Po pochłonięciu solidnej porcji gofrów z sosem toffi budzi się sumienie. Czas więc porzucić piżamę, założyć coś bardziej wyjściowego (niemniej jednak równie wygodnego) i udać się na wielkie uprawianie weekendowego sportu, czyli spacer. I w tym właśnie punkcie zaczynają się schody:

- To gdzie idziemy? Może do parku?, 
- w sumie w parku jest ładnie, no i pospacerować można w ciszy i spokoju...tylko jest jeden problem,
- jaki znowu problem?,
- w parku nie ma jedzenia.

No właśnie. Dla mnie weekendowy spacer zwykle kończy się gdzieś, gdzie można coś przekąsić. Ponieważ moje sumienie szybko radzi sobie ze zbyt dużą porcją porannych gofrów, pozostaje tylko jeden kłopot. Gdzie można zjeść? Ale nie tak zwyczajnie zjeść! Tylko tak, żeby było jednocześnie: pysznie, zdrowo, sycąco i niedrogo. No i jeszcze, żeby to było jakieś inne - pomysłowe czy zaskakujące, bo rozklepane na milimetr schaboszczaki wielkości latającego spodka, to tak może niekoniecznie.    

Na szczęście w Warszawie miejsc z niebanalnym jedzeniem wciąż przybywa. Do niedawna brakowało takich fast-slow foodów, gdzie przystępna cena pogodziła się z jakością, smakiem i w pewnym sensie kunsztem przygotowania potrawy. I do takiego właśnie miejsca trafiłam w zeszły weekend, i takie właśnie miejsce na przyszły weekend polecam. Moi drodzy - meet Meat Love. Mały lokal z wielką duszą i przepysznym jedzeniem. 

Meat Love

Właściwie powinnam skończyć mój wywód na temat Meat Love na poprzednim zdaniu, ponieważ nijak nie da się opisać smaku kanapki z mięsem, tak aby przekonać do niej tłumy. A jednak smak tego, co jadłam w tym małym fast-slow foodzie na Hożej 62, naprawdę jest grzechu wart. Wchodzimy więc do środka, jeśli jest, to zajmujemy stolik, jeśli nie bierzemy na wynos pachnący pakuneczek przewiązany sznureczkiem. A co bierzemy? Otóż osobiście polecam pieczyste, wyrób własny, hodowla polska. Najlepiej jeśli pieczystym będzie łopatka wieprzowa, uprzednio przez kilka godzin pieczona, aż uzyska stan nazywany potocznie "niebo w gębie". Pulled pork, to właśnie puszysta buła z solidną porcją nieziemskiej łopatki, roszponką i konfiturą z czerwonej cebuli. Całość zawinięta w pergamin, podana na drewnianej desce w towarzystwie ogórkowych frytek.   

Meat Love

Kolejna pozycja menu, to porchetta, czyli rolada z boczku i schabu, dobrze przyprawiona i podana w ciabacie z karczochami i suszonymi pomidorami. Podobnie jak pulled pork podana w towarzystwie ogórkowych frytek. Pycha!

Ponadto, na krwistomięsożerców czeka wspaniale upieczony rostbef podany na bagietce muśniętej domowym majonezem. Wegetarianie nie poczują się pokrzywdzeni, ponieważ Meat Love zadbało również o bezmięsne propozycje. W tym dziale: italian melt (z grillowanymi warzywami i mozzarellą) oraz buraccio (podpłomy z marynowanym burakiem i serem kozim). Ale, ale! Nie wspomniałam o czymś, zdecydowanie niezwykłym. Meat Love serwuje również gofry w dwóch wariantach: słodkie i mięsne. Zdecydowanie do spróbowania :)

Z płynów bezalkoholowych dostępne są różnorodne herbaty i napoje, w tym imbirowy. Wśród alkoholi znajdują się wina białe (z Francji), różowe (Czechy i Morawy) i czerwone (Włochy). Jednak szczególnie wyróżnia się piwo. Nie ukrywam, że głównie z powodu dość niezwykłej etykietki, zarówno z przodu, jak i z tyłu butelki:

 Meat Love

Piwo jest doskonałe w smaku, orzeźwiające i pozbawione tej wodnistości charakterystycznej dla piw produkowanych przez wielkie koncerny. Niestety nie znam się na piwie na tyle, żeby Wam je dokładnie opisać - odsyłam do strony AleBrowar.

Podsumowując moją wizytę w Meat Love: było pysznie, inaczej, ciekawie. Ceny nie przekraczają 20 złotych, a naprawdę taka kanapka spokojnie może zastąpić obiad. Wszystkie pozycje z menu są przygotowywane na oczach klientów, ze świeżych składników wysokiej jakości. Żadnej ściemy i kombinowania. Zdecydowanie nie jest to knajpka na jeden raz, bo tam po prostu chce się wracać. 

O nich napisano już wiele dobrego, zasłużenie zresztą. Dlatego ja nic więcej już nie napiszę. Zachęcam jednak do spróbowania. Tylko uwaga - lokal jest nieduży, więc nie zawsze można trafić na wolny stolik. Nie rezygnujcie jednak i po prostu zamówcie na wynos :)

Meat Love

Park Skaryszewski, historia mniej znana

Park Skaryszewski im. Ignacego Jana Paderewskiego w Warszawie założony w 1905 roku według projektów głównego ogrodnika Warszawy Franciszka Szaniora, rozciąga się na obszarze 59 ha, pomiędzy Aleją Zieleniecką, Aleją Waszyngtona i ulicą Międzynarodową, od wschodu granicząc z brzegami Jeziora Kamionkowskiego. Historia Parku niewątpliwie jest splotem kilku wydarzeń. Ponad sto lat temu na terenie dzisiejszego parku...

Trattoria Bellini

Przyznam, że nie jestem wielką fanką restauracji Magdy Gessler. Nie zawsze ładny wystrój i dbałość o szczegóły wystarczy, aby przekonać nas, że warto w dane miejsce powrócić. W końcu dobra restauracja powinna słynąć głównie z pysznego jedzenia, do którego nie można się przyczepić, a ja zawsze miałam powód, żeby przypiąć łatkę - nie dużą, ale jednak. Dziś natomiast spotkało mnie miłe zaskoczenie. Wizyta w restauracji Bellini na Starym Mieście okazała się strzałem w dziesiątkę, i nie ukrywam - przyniosła kilka kulinarnych uniesień. 

Bellini to restauracja zdecydownanie włoska, z kuchnią toskańsko-neapolitańską. Mieści się w kamienicy Friczowskiej (21/43), charakterystycznej dzięki gotyckim portalom. Gotycki nie tylko jest portal, ale również piwnica, w której znajduje się restauracja. Niezwykła, autentyczna, kilkusalowa. Wystrój świetnie dopasowany do charakteru wnętrza (również do profilu restauracji), nie przytłacza, a tworzy ciepłą, domową atmosferę. Do restauracji warto zajść choćby na chwilę, żeby zobaczyć niezwykłą salę główną z ceglanym, wysokim jak na podziemia sufitem.  

Bellini Trattoria

Nazwa restauracji już od dłuższego czasu mnie kusiła, bo Bellini to jeden z najlepszych alkoholi, jakich próbowałam (wybaczcie mi miłośnicy bourbonów, whiskey i wszystkiego, co mocne). To orzeźwiające i delikatne połączenie soku brzoskwiniowego z musującym winem, idealne na lato.

Przejdę jednak do konkretów, bo choć cała oprawa posiłku była bardzo przyjemna, a nazwa przywołała we mnie kilka pięknych wspomnień, to jednak punktem programu było po prostu jedzenie. Na pierwszy rzut - sałatka caprese. Plastry soczystego pomidora przekładane dobrą mozzarellą. Na to kilka kółeczek czerwonej cebuli, świeże pesto, świeże liście bazylii i mielony, czarny pieprz. Do sałatki podano focaccię (rodzaj pieczywa) z solą morską. Niestety nie pokażę Wam, jak sałatka wyglądała - znikła w mgnieniu oka. Porcja była dość solidna, idealna na przystawkę dla dwóch osób.

Kilka łyków porządnego domowego wina i wcinamy dalej.

A dalej jest makaron. Pierwszy kęs i ... o nie, znowu to samo... Panie! Smaku brakuje, smaku! Drugi kęs...chwila zamyślenia...Trzeci kęs - to jest to! Makaron o toskańskiej nazwie Spaghettini alla Trapanese, to cieniutkie nitki al dente z migdałami, czosnkiem, bazylią, serem pecorino, parmezanem i czarnymi oliwkami. Delikatny i jednocześnie wyrazisty. Porcja podana w głębokim talerzu na pierwszy rzut oka nie wyglądała na dużą, po rozbebraniu jej nieco widelcem ukazała swoje rzeczywiste, dość imponujące rozmiary. Dla mnie zdecydowanie było to danie obiadowe, a nie primi piatti*, a później jeszcze mięcho.

 Bellini Trattoria

Po takiej porcji caprese i makaronu nie byłam w stanie spróbować już niczego więcej oprócz kawy (swoją drogą również smacznej). Dlatego z pewnością wrócę jeszcze do Bellini. Tylko okazji muszę poszukać, bo ceny...ceny jak to ceny. Ale opłacało się. Miła atmosfera, włoska muzyka w tle, gwar rozmów przy innych stolikach. Czuć, że to miejsce żyje.

Następnym razem pod nóż pójdzie z pewnością specjał szefowej kuchni, czyli pizza Bianca alla Magda Gessler, biała pizza z rukolą, pieczarkami, mozzarellą, gruszką, orzeszkami piniowymi i kozim serem. Zamiast sosu z pomidorów - siekane borowiki. I koniecznie deser - może lody cytrynowe z limoncello?


**
Zdjęcie główne pochodzi ze strony internetowej restauracji Bellini

Mon Coteau, czyli historia Morskiego Oka

W XVIII wieku nad przyszłością Mokotowa zawisły czarne chmury. Rozwijająca się dotychczas osada leżąca wzdłuż ważnego traktu handlowego i komunikacyjnego wiodącego z Warszawy do Piaseczna, została oddzielona od miasta wałami. Szczęśliwie jednak dla Mokotowa, tereny te upodobała sobie małżonka marszałka wielkiego koronnego ks. Lubomirskiego. Zachwycona malowniczym ukształtowaniem terenu i romantycznym krajobrazem postanowiła wznieść tu dla siebie rezydencję.

Warszawskie Towarzystwo Muzyczne

Warszawskie Towarzystwo Muzyczne imienia Stanisława Moniuszki zostało założone 15 stycznia 1871 roku w Warszawie z inicjatywy pedagoga i krytyka muzycznego Władysława Wiślickiego. W gronie założycieli organizacji muzycznej znaleźli się wybitni muzycy i melomani, między innymi: Maria Kalergis, Stanisław Moniuszko, Henryk Wieniawski czy Adam Münchheimer.

Zdrój Stanisława Augusta

Na początku lat trzydziestych XX wieku, w związku ze zbliżającą się setną rocznicą rozpoczęcia budowy Cytadeli, podjęto wiele prac związanych z uporządkowaniem terenu wokół twierdzy. W 1933 roku powiększono teren Parku Traugutta, założonego w 1925 roku w miejscu, w którym prawdopodobnie stracono dyktatora powstania styczniowego, Romualda Traugutta. Podjęto się też rekonstrucji Zdroju Królewskiego – jedynego zachowanego na terenie Warszawy wodozbioru.

Frytki z Renesansu

Durno, chmurno, nieprzyjemnie...Zima przypuściła na Warszawę kolejny atak, powrócił mróz i spadł śnieg powodując szeroko komentowane, zwłaszcza w stacjach radiowych, „utrudnienia w ruchu drogowym”. Zapału do pracy brak, oczy same się zamykają, a kiepskiego nastroju w taki dzień nie poprawiła nawet szósta filiżanka kawy.

Punkt dwunasta: pomysły – 0, kreatywność – brak, loki nawinięte na palec – sto tysięcy. Przeglądam zdjęcia zrobione latem. Lato. Słowo dnia, zdecydowanie. Na zdjęciach pole żółtej nawłoci niedaleko mostu Siekierkowskiego i błękitne niebo. Niemal czuć z fotografii, jak było ciepło tego dnia. Multimedialny Park Fontann. Dzieciaki biegają, dorośli moczą nogi w chłodnej wodzie, mimo zakazu (bo urządzenia delikatne, jakieś lasery i światełka, ale kogo to obchodziło tamtego upalnego dnia?). Przeglądam kolejne zdjęcia. Bubble tea – dziwna herbata mrożona z glutkami tapioki, niesamowity tłum ludzi korzystających z basenu w Parku Szczęśliwickim, opustoszała stacja Veturilo na Wilanowie. Wszystko pod gorącym, sierpniowym, warszawskim niebem. Zaraz, zaraz. A co to jest na tym zdjęciu?

Wszystko stało się jasne. Na widok tego, co sfotografowałam w czasie tamtej sierpniowej wycieczki rowerowej po Warszawie, od razu zrobiło mi się jakoś...weselej. Na zdjęciu znalazło się niewielkie papierowe korytko pełne złocistych, chrupiących, przepysznych frytek z czapą gęstego, kremowego sosu. Jedynych takich frytek w Warszawie – frytek z Renesansu.

Ulica Francuska na Saskiej Kępie to prawdziwy raj dla podniebienia. Pełno tu wspaniałych restauracji i przytulnych knajpek serwujących dania niemalże ze wszystkich stron świata. Nie brakuje również cukierni, kawiarni czy herbaciarni. Do tego niepowtarzalny klimat, jaki tworzą liczne ogródki letnie osłonięte przed palącym słońcem przez stare drzewa. Jeśli szukacie w Warszawie miejsca w duchu slow, to Francuska powinna być waszym celem. Zwłaszcza w ciepłe, weekendowe przedpołudnie.

Jednak ulica Francuska słynie również właśnie z okienka Renesansu, w którym można nabyć małą (3,40 zł) lub dużą (6,80 zł) porcję frytek z autorskim sosem francuskim. Sos dostępny jest w trzech wariantach ostrości: bardzo ostry, ostry i łagodny.

Frytki z Renesansu

Okienko Renesansu to nie jest zwykły punkt gastronomiczny – to instytucja. Nie ma chyba mieszkańca Saskiej Kępy, który nie zna tych frytek. Ja sama, ilekroć zaglądam na Francuską, nie omijam tego kuszącego okienka. Chrupiące, złociste frytki robione są na miejscu dzięki czemu zyskują znaczną przewagę nad tymi z mrożonek. Do tego gęsty, ostry sos i dobry humor na cały dzień gwarantowany. Dla tych z większym apetytem okienko oferuje kurczaki z rożna lub kawałki pizzy. Kolejka chętnych od rana do wieczora – dorośli, dzieciaki, matki z dziećmi, osoby starsze. Na frytki z Renesansu zawsze i w każdym wieku jest pora ;)

Renesans to miejsce z przeszłości. Restauracja zatrzymała się mniej więcej w połowie lat dziewięćdziesiatych, ale to właśnie czyni to miejsce jeszcze ciekawszym. Nikt tu nie dba o modne, kraciaste rożki, sosy z krewetek czy sera pleśniowego. Dostajesz porcję w papierowym korytku lub na tacce, do tego wzruszający, mikroskopijny widelczyk rodem ze smażalni ryb w Kołobrzegu, rocznik 96. Siadasz na ławce lub idziesz na spacer po Saskiej Kępie. Podjadasz frytki i jest cudnie.   

A na koniec, wspomnienie lata - oby Wam się lepiej dziś pracowało :)

Okolice mostu Siekierkowskiego

Ostatnie dni świątecznych jarmarków

Nadchodzący weekend obfituje w wiele ciekawych wydarzeń, aż ciężko zdecydować, gdzie pójść i co zrobić. Pogoda być może nie nastraja do opuszczania cieplutkiego mieszkanka i porzucenia ulubionej lektury, jednak z pewnością warto choć na chwilę wyjść. A to przede wszystkim dlatego, że w sobotę i niedzielę po raz ostatni będziemy mogli skorzystać z dobrodziejstw oferowanych przez warszawskie jarmarki bożonarodzeniowe.

Historia

Dawno temu w "Kresach"

Wielka wojna powoli dogasała na frontach. Żołnierze wracali do swoich domów, zmęczeni, znękani, do końca jeszcze nie wybudzeni z koszmaru wojny. Polacy szykowali się do przyjęcia nowej, nieznanej im rzeczywistości. Wkrótce bowiem Polska odzyskać miała niepodległość. Nikt nie pamiętał już lat przedrozbiorowych. 123 lata niewoli, podziału, obcego języka i obcego panowania, prześladowań, powstań i represji, wkrótce miały dobiec końca. W tym wciąż jeszcze niepewnym czasie, na Nowym Świecie w Warszawie, w kamienicy Mikulskiego zagościła kawiarnia „Kresy” i szybko znalazła swoje miejsce na artystycznej mapie miasta.

Strony