Dawno temu w "Kresach"

Dawno temu w "Kresach"

Wielka wojna powoli dogasała na frontach. Żołnierze wracali do swoich domów, zmęczeni, znękani, do końca jeszcze nie wybudzeni z koszmaru wojny. Polacy, mniej lub bardziej świadomie szykowali się do przyjęcia nowej, nieznanej im rzeczywistości. Wkrótce bowiem Polska odzyskać miała niepodległość. Nikt nie pamiętał już lat przedrozbiorowych. 123 lata niewoli, podziału, obcego języka i obcego panowania, prześladowań, powstań i represji, wkrótce miały dobiec końca.

W tym wciąż jeszcze niepewnym czasie, na Nowym Świecie w Warszawie, w kamienicy Mikulskiego zagościła kawiarnia „Kresy” i szybko znalazła swoje miejsce na artystycznej mapie miasta. Niewielka kawiarnia zajmowała dwie sale parteru budynku pod numerem 53 oraz niewielki ogródek letni na tyłach. Do „Kresów” wchodziło się od ulicy Wareckiej.

Popularność kawiarni rosła w zawrotnym tempie, wkrótce zaczęły tu gościć osobistości z artystycznego światka, znane, lubiane i podziwiane. Za nimi ciągnęły do „Kresów” tłumy wielbicieli, zwykłych ciekawskich oraz młodych aspirujących do kręgu elity intelektualnej.

„Kresy” mieściły się w doskonałym punkcie, na pieszym trakcie między popularną do końca I wojny światowej „Udziałową”, Konserwatorium, Akademią Sztuk Pięknych i Uniwersytetem Warszawskim. Młodzi i zdolni zaglądali do kawiarni – bo tak wypadało. Można było nie mieć pieniędzy, nie jeść od dwóch dni, ale do „Kresów” trzeba było zajrzeć. Zawsze znalazł się ktoś, kto pożyczył pieniądze lub po prostu zapłacił rachunek, a jeśli nikogo znajomego nie było w pobliżu, na ratunek ubogiemu artyście prędko przychodziły kelnerki. One najlepiej znały stałych bywalców i orientowały się w ich materialnej sytuacji, więc niejeden pozbawiony środków do życia malarz czy literat mógł skorzystać z pożyczki lub ... z akcji dożywiania. Jakoś tak umiały zrobić, że niejeden artysta, nim się obejrzał za pożyczką, a już był po obiedzie. 

Panie, które podawały w „Kresach” często pochodziły z towarzystwa. Kryzys gospodarczy i trudna sytuacja polityczna zmusiły je do pracy. Większą część kelnerek stanowiły kobiety wysiedlone ze swoich majątków na Kresach, stąd też nazwa kawiarni.

Niedługo po otwarciu „Kresowa” stała się miejscem spotkań warszawskiej cyganerii. Bywali tu artyści znani, których twórczość budziła wielkie zainteresowanie, ale bywali i tacy, którzy uporczywie trzymali się wspomnienia dawnej sławy. Bywali również i ci, których sława ominęła.

Dwie niewielkie salki „Kresów”, przez cały okres funkcjonowania kawiarni, czyli do początku lat trzydziestych, gościły całą galerię oryginałów. Takiego korowodu nietuzinkowych, barwnych i charakterystyczych postaci nie gościła chyba żadna z kawiarni funkcjonujących w Warszawie doby dwudziestolecia międzywojennego. Już sam właściciel, pan Sączewski i jego cokolwiek nietypowe podejście do życia, stanowiło dowód na to, że „Kresy” przyciągają do siebie ludzi, którzy na długie lata zapadają w pamięć.

Pan Sączewski był człowiekiem o żelaznych zasadach, ale przy tym spokojnym i nieodgadnionym. Cechowała go wielka podejrzliwość wobec wszelkich nowinek. Każda z nim rozmowa była niejako wstrząsem, bo pan Sączewski miał nietypowe poglądy na wszystko, czego nie widział, nie dotykał lub czemu po prostu nie ufał. Na przykład nie wierzył w istnienie biegunów magnetycznych Ziemi. Swoje wątpliwości uzasadniał słowami: przecie taki kawał żelaza musiałby gdzieś wystawać z ziemi, a tego nikt na świecie nie widział.

Pan Sączewski nie dawał się też nabrać na radio. Nie wierzył w przyszłość, a tym bardziej powodzenie tej zabawki. To tak –mawiał, jakbym kuchnię, uważa pan, miał na Mokotowie, a jedzenie, uważa Pan, podawał na Nowym Świecie. Mówiąc te słowa śmiał się głośno, klepał rozmówcę po kolanie i uważnie patrzył mu w oczy. Nie było rady, trzeba było przynać panu Sączewskiemu rację.

Pan Sączewski jako właściciel „Kresów” o nietypowych poglądach otwierał galerię niepospolitych charakterów. Jako przedstawiciel starszego pokolenia wzbudzał powszechny szacunek, a przysiąść się do jego stolika na krótką pogawędkę należało w pewnym sensie do obowiązków gości kawiarni.

Po drugiej wojnie światowej o towarzystwie spędzającym czas w „Kresach” pisano we wspomnieniach, że z jednej strony wyglądało to tak, jakby się wszystkie warszawskie peleryny, brody, kokardy czarnych kwiatów i kapelusze z wielkimi rondami spotkały w jednym miejscu, będąc echem fin de sieclowej cyganerii artystycznej. Z drugiej strony w kawiarni spotykała się kolorowa, barwna młodzież - dziewczęta w modnych wówczas sukienkach do kolan, chłopcy w rozpiętych koszulach i z rozwichrzonym włosem. Te dwa zupełnie odmienne światy funkcjonowały, ścierały się ze sobą i czasami łączyły właśnie tu w „Kresach”, które stały się neutralnym terytorium dla dwu odmiennych kultur. Dla nich dwie rzeczy były wspólne: chęć uczestniczenia w artystycznym życiu miasta oraz zamiłowanie do półczarnej w kawiarni (kawa w knajpach nie musiała być pyszna, nie musiała być nawet dobra, bo w piciu kawy w kawiarni zamiast w domu, chodziło o to, że „w domu się nie płaci”, ot i cała filozofia).

Poczet stałych bywalców „Kresów”, warto zacząć od Antoniego Langego. Ten wybitny tłumacz, eseista i poeta, odwiedzał kawiarnię będąc już człowiekiem niemłodym i nieco zmęczonym życiem. Jego pożółkłą twarz zdobiły czarne, podkręcone do góry wąsy. Mocno zaczerwienione i podkrążone oczy stanowiły niezbity dowód na to, że Lange życie swe poświęcił nauce. Zawsze, gdy tylko przekraczał próg „Kresów”, rytualnie kierował kroki do kontuaru szatniarza, pana Stanisława. Ten przecząco kiwał głową, więc Lange odwracał się i szedł do swojego stolika. Długo trwało, nim Lange zrozumiał, że list, na który od dawna czeka, już nigdy nie przyjdzie.

Antoni Lange

Antoniego Langego zwykł witać kolejny stały bywalec kawiarni, człowiek nad wyraz ceniący sobie swój talent, którego jakoś inni nie zauważali lub nie chcieli zauważyć. Był to kompozytor i pedagog, Wacław Krasiński. Oryginał nad oryginały. Fale srebrzystych włosów spływały mu na pelerynę, która z pewnością niegdyś była czarna, jednak najlepsze lata miała już dawno za sobą. Krasiński zwykł mawiać, że to on we własnej osobie jest autorem tego słynnego na cały świat marsza, który zaczyna się: umpa, umpa, umpa, tadira..., ale dalsza część nie została jeszcze dopisana.

Krasiński miał charakter nieco złośliwy, nieco romantyczny i nieco porywczy, a z tej mieszanki wynikały sytuacje takie jak ta, gdy w przytomności klientów kawiarni, w tym również Antoniego Langego, wyszedł na środek i grzmiącym głosem zaczął recytować:

...Jam nad rozczarowaniem stanął i nadzieją,
Mnie cmentarze śpiewają, mnie się wichry śmieją -
I zjednoczyłem w sobie wszystkie moce sprzeczne.

Prysnął czar, coś mię dotąd pętał nim jak dziecię –
Poznałem, co jest wolne i co jest konieczne,
Co ziemskie i nadziemskie... Idź precz, Hamlecie!

Jak się okazało, kompozytor recytował końcowy fragment wiersza Langego. Krasiński nie tylko wykuł na pamięć jego tekst, ale również skomponował do niego muzykę, co – jak mówili złośliwi – w tamtych czasach było szczytem jego twórczości.

Do najbardziej kolorowych osobistości, jakie miały w zwyczaju zaglądać do „Kresów”, zaliczyć należy z pewnością malarza Kamila Witkowskiego. W tej postaci nie byłoby może niczego szczególnie oryginalnego, gdyby nie jego niezwykła towarzyszka – kaczka Leokadia, która chodziła przy jego nodze niczym dobrze ułożony pies. Malarz wchodzący do „Kresowej” w towarzystwie niezwykłej pupilki wzbudzał powszechne zdumienie i zaciekawienie. Kiedy pierwszy raz Witkowski i Leokadia weszli do kawiarni, kaczka dość niepewnie poczuła się na śliskiej podłodze wyłożonej linoleum. Witkowski rozejrzał się wokół, spojrzał na twarze kolegów malarzy i krytyków, po czym schylił się do kaczki i powiedział głośno: Leokadio, uprzedzam cię! Tu zawsze jest ślisko! Jaka była reakcja gości – tego nie wiadomo, choć nietrudno się domyślić.

Kamil Witkowski "Autoportret" 1917

„Kresy” funkcjonowały od końca pierwszej wojny światowej do roku 1930, kiedy lokal kupił Feliks Gołaszewski, gruntownie go przebudował, powiększył i przemianował na cukiernię „Napoleonka”. W ciągu ponad dekady w kawiarni pana Sączewskiego gościły setki osób, wśród nich znani do dziś: Antoni Lange, Kazimierz Przerwa – Tetmajer czy Franc Fiszer oraz tacy, których sława dawno już przebrzmiała, jak Wincenty Krasiński, Kamil Witkowski czy Maria Grossek-Korycka, reprezentująca wówczas starsze pokolenie. Należy również wspomnieć o tych, którzy odwiedzali „Kresy” na chwilę przed eksplozją swojej popularności, czyli o Skamandrytach – Tuwimie, Lechoniu, Słonimskim, którzy spotykali się na Nowym Świecie 53, jeszcze w okresie przedgrupowym.

Galeria sław i niezwykłych osobistości nie kończy się jednak na tych, o których dziś wspomniałam. W zanadrzu mam jeszcze kilka opowieści i anegdot z życia tego niezwykłego mikrokosmosu, jakim w dwudziestoleciu międzywojennym była kawiarnia „Kresy”, potocznie nazywana również „Kresową”. Mam nadzieję, że przy okazji spaceru szlakiem kawiarni artystyczno – literackich, uda mi się opowiedzieć o kilku barwnych postaciach, których twórczość, przyzwyczajenia czy powiedzonka ubarwiały życie warszawiaków w trudnym, międzywojennym czasie.

 

 

 

 

 

 

 

Dział:Historia

Dodaj komentarz